Ale... to chyba nawet lepiej. Nie musiałam obawiać się naburmuszonych, niezadowolonych klientów, nie było mowy, że wywrócę się i wybrudzę komuś garnitur jego wykwintnym daniem, dostałam super-kucharskie kraciaste spodnie i fartuch (super-kucharskie bluzy były niestety za wielkie i pani Zosia zakrzyknęła, że nie mogę wyglądać jak strach na wróble, więc skończyłam w zielonej koszulce), a poza tym, na sali nikt nie wyznałby mi miłości. Dwudziestokrotnie. I na pewno nie dostałabym szarlotki! Ach, ci dowcipni, tryskający humorem, fantastyczni, młodzi kucharze... (Szef Kuchni na urlopie, więc można sobie pozwolić na trochę luzu). Szkoda tylko, że jak zwykle - klasycznie, typowo i standardowo - przez pierwszą godzinę byłam Anią, bo nikt nie słyszał HHHHH, kiedy się przedstawiałam.
- Hania.
- Ania?
- HHHHANIA.
- Ok, Aniu, tu masz deskę.
No i z imionami jest jeszcze ta jedna kwestia, że nowy startuje z przegranej pozycji. Wszyscy mają do zapamiętania jedno imię, a on - no cóż - dużo. A potem, kiedy ktoś mówi "Idź zapytaj Grzesia", człowiek ma problem.
Było przednio, ale jestem straszliwie padnięta. Wprawdzie na zmywaku spędziłam tylko dwie godziny, ale w kuchni też było co robić. Dobrze, że był tylko jeden worek marchewki do obierania, bo inaczej resztę życia musiałabym spędzić z obieraczką przyrośniętą do ręki. I dobrze, że było tylko trzydziestu ośmiu piłkarzy, dla których trzeba było przygotować pakieciki podróżne. No ileż można robić tych kanapek... A jak byłoby trzydziestu dziewięciu albo czterdziestu, to i tak nie starczyłoby mi chleba. Kosmos dokładnie wiedział, ilu kromek będę potrzebowała, chociaż gdyby jeden kucharz o dziwnym imieniu nie ukradłby jednej kanapki, to byłoby o dwie za dużo - to Kosmos pewnie tez przewidział.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz