środa, 10 lipca 2013

Kosmiczne rezerwy farta

Wciąż zastanawiam się, dlaczego tak trudno znaleźć mi pracę i dlaczego tak długo to wszystko musi trwać, i mam już jedną teorię objaśniającą wszystko. Zużyłam za dużo szczęścia na inne rzeczy, więc w tej jednej kwestii muszę zostać potraktowana jak zwykły szary człowiek, a nie jak W Czepku Urodzona. Równowaga we Wszechświecie musi być. A na co poszło tyle bonusowych punktów życiowego szczęścia? Zastanówmy się...

Po pierwsze - mój komputer działa. Dlaczegóż miałby nie działać, spytacie. Otóż wszystko zaczęło się wczorajszego nieznośnie skwarnego popołudnia, kiedy to biegłam skocznym krokiem na spotkanie z moimi ulubionymi Paniami z Dziekanatu. Tak się złożyło, że po drodze musiałam przebyć (wprawdzie niezbyt wysokie) schody. Jako że jestem istotą wielce przemyślną i posiadającą bogate doświadczenia z uczelnianą biurokracją, przytargałam ze sobą laptopa, trwając w (wielce naiwnym) przekonaniu, że uda mi się załatwić wszystko jednego dnia, bo przecież w razie czego poprawię od razu błędy w podaniu. I kiedy stąpałam po stopniach obarczona ciężarem elektroniki, nagle urwał się pasek od torby. Zanim zdążyłam mrugnąć, mój komputer obijał się już o kolejne schodki. Jakiś student-wybawca pochwycił go i uratował przed spadnięciem na sam dół, ale i tak... Oczywiście nawet nie liczyłam że się włączy. Ale o dziwo, po włożeniu wypadniętej baterii, wklepaniu odstającej części i naciśnięciu guzika prawdy, moim oczom ukazał się obraz na ekranie! Cóż za szczęście! Następnie przez pół dnia formatował się i przywracał swój system do ładu, po czym zaciął się na 77% postępu. Zdążyłam zdrzemnąć się, poczytać książkę, zrobić obiad, porozpaczać nad marnym losem, a tu wciąż 77%. Odłączyłam go od prądu, nie licząc już nawet na jakiekolwiek pozostałości danych na dysku. Kosmos znów zaskoczył mnie swoją łaskawością, bo gdy włączyłam komputer ponownie, udał, że zupełnie nic się nie stało. Wszystkie pliki na miejscu, żadnych błędów systemu, nawet GŁOŚNIKI bez uszczerbku... Człowiek po takim upadku miałby ze dwa szwy i trzy złamania, ale mój superlaptop* zupełnie nie przejął się bolesnym starciem z grawitacją. Tak więc dziękuję Ci, Wszechświecie, że komputer działa. Swoją drogą, O MATKO, JAK NIBY MIAŁABYM ŻYĆ BEZ INTERNETU!

Po drugie, musiałam zmarnować trochę szczęścia na totolotka, wysłanego w ramach projektu Szukam pracy, albo chociaż pieniążka prowadzonego przy współpracy z moim kolegą ze studiów. Wysłaliśmy tylko jednego, no bo przecież dwójka na raz nie mogłaby wygrać (Wszechświat nawet dla mnie nie byłby tak łaskawy) i szczerze wierzyliśmy, że następnego dnia obudzimy się już milionerami, ale cóż mogę powiedzieć... było blisko. 05 09 23 27 29 48. Połowa cyfr, a dokładnie każda pierwsza jest trafiona, więc jak widać trochę musieliśmy zaczerpnąć z kosmicznych pokładów farta.

Po trzecie, nadzwyczajnym wręcz szczęściem było załatwienie wszystkich spraw w dziekanacie w zaledwie dwa dni. Niebiosa zesłały mi Panią Zastępującą Wredną Jędzę z Którą Użerałam Się Przez Dwa Semestry i nawet udało mi się złożyć podanie dzień PO TERMINIE. Serduszko dla Kochanej Pani <3

Jak widać nawet będąc bezrobotną, wciąż pozostaję farciarą, więc może w tym tygodniu będę oszczędzać szczęście i wreszcie załapię się do jakiejś roboty.
_______________________
* A mówią, że hp są awaryjne i szybko się psują!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz