W dzień jest tak gorąco, że Człowiek poci się od samego istnienia, a zakupy, dotarcie do pracy czy odwiedziny siostry na drugim końcu miasta przemieniają się w czterdziestodniową tułaczkę po pustyni w tłumie spoconych Żydów, podążających za rozwścieczonym Mojżeszem lub może w materiał na kolejny tom sienkiewiczowskiej opowieści o przygodach Stasia, Nel i Słonia.* Wieczorem natomiast, kiedy rozżarzone powietrze nie zdąży jeszcze przestygnąć, a słońce już zachodzi, żer swój rozpoczynają stada rozwścieczonych, krwiożerczych, zmutowanych bestii. Człowiek dusi się już gorącym, zatęchłym tlenem, który cały dzień próbował ustrzec od ogrzania przez zamykanie, zasłanianie, zastawianie czy nawet zabijanie okien dechami, lecz kiedy uwolniwszy już szyby od gwoździ lub szmat, wpuszcza do środka, bynajmniej nie zimniejsze, ale po prostu nowe powietrze (z porcją świeżych spalin), zaraz przeklina się w duszy do piątego pokolenia wstecz za tę feralną myśl o otwieraniu okien. Kiedy swędzący, obolały i zrezygnowany przewraca się w łóżku na drugi bok i kiedy już wydaje mu się że oto ogarnia go błogi, znieczulający sen... Wtem tuż nad uchem słyszy wygłodniałe brzęczenie skrzydlatego krwiopijcy. Chcąc go utłuc, przywołuje światłem kolejne moskity i tak wojuje z nimi, aż na niebie pojawi się znów rozgrzana kula płonących gazów. Porzuciwszy myśl o zaśnięciu w kącie nieopodal rannych pantofli, udaje się do łazienki, gdzie pod strumieniem zimnej wody przeżywa bodaj najrozkoszniejsze minuty całego upalnego dnia.
W koszmarze wzrastającej temperatury, w pnącej się wciąż w górę rtęci, odnajduje jednak Człowiek Typowy słodką nadzieję, obietnicę burzy. Z każdym kolejnym stopniem wyczekuje piorunów coraz niecierpliwiej, aż w końcu, gdy widzi już kłęby grafitowych chmur i czuje w spoconych, mokrych włosach pierwsze podmuchy gwałtownego wichru, może nareszcie spłynąć łzami deszczu wdzięczności i ulgi. Ukojenie nie trwa jednak zbyt długo, bo po chwili ekstazy, przychodzi Człowiekowi do głowy malusieńka myśl natrętna niczym komar, urastająca w jednej sekundzie do obrazu mnożących się w kałużach krwiopijców pożerających strapionych, umęczonych biedaków do samych nagich kości.
________________________________
* Słoń, to właściwie jedyne co zapamiętałam z Najulubieńszej Lektury Wszystkich Dzieci i na owym słoniu zakończyłam swoją wędrówkę z Tarkowskim i małą Rawlison, nie mogąc już dłużej znieść piaskowej scenerii - gdyby rzecz działa się wśród burz śnieżnych miast piaskowych, z pewnością zostałabym najlodowatszą zwolenniczką W tundrze i w tajdze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz