Najnaturalniejszą odpowiedzią w świecie byłoby stwierdzenie, że to z powodu ewolucji. Wystarczy wyobrazić sobie osobnika, który pamięta przyszłość. Myślałby sobie taki delikwent "zjadłem kawał mamuta, więc nie jestem głodny" i umarłby z głodu, bo zanim by go zjeść zdążył, już uważałby się za najedzonego. Podobnie inny potencjalny protoplasta rodu ludzkiego z mutacją genetyczną odwracającą postrzeganie przyszłości i przeszłości, pamiętając, że za trzysta lat minie epoka lodowcowa, wyszedłby, będąc przekonanym, że będzie mu gorąco, na dwór bez niedźwiedziego futra i przemieniłby się w sopel. Istoty pamiętające przyszłość zniknęłyby więc z planety na drodze doboru naturalnego, ustępując miejsca tym, które mają wszystko w głowie (przynajmniej teoretycznie) po kolei.
Jeżeliby natomiast brać pod uwagę dodatkowe techniczne problemy związane z pamiętaniem przyszłości... Cóż, można by rzec, że w ogóle niemożliwością jest taki stan rzeczy, bo nie sposób skonstruować mózgu nieskończenie pojemnego, który pomieściłby w rejestrach wszystkie możliwe wersje wydarzeń, a tym samym wszystkie równoległe wszechświaty. Einstein może rzekłby na to, że "Bóg nie gra w kości", dajcie więc siłę działającą na wszystkie cząstki w Kosmosie, a powiem wam skąd się wziął i jak się skończy. Ale moment, moment... Całki, jakie "przyszłościowy" mózg musiałby obliczać chcąc przewidzieć wszystko w swojej pamięci, nie śniły się nawet studentom matematyki w najgorszych koszmarach, tak więc znów, który Stwórca taki cud obliczeniowy w czaszce stworzenia chciałby umieszczać? I gdzież byłaby zabawa z całym staraniem się o zbawienie, skoro każdy grzesznik pamiętając przyszłe piekło, czy to z zemsty czy z rezygnacji albo smutku zwyczajnego grzeszyłby stokroć gorzej niż zwyczajny?
Co innego, gdyby czas płynął w drugą stronę. Niestety odwrócenie strzałki czasu wiązałoby się ze zmianą wektora prędkości każdej cząstki elementarnej we Wszechświecie na przeciwny, co jest w zasadzie nieosiągalne, o ile Kreator nie pozostawił nigdzie na świecie wielkiego, czerwonego guzika do tego służącego. Chwileczkę, rzekłby kto bardziej dociekliwy, skąd wiemy właściwie, w którą stronę płynie czas? Na to kto pilniejszy zakrzyknąłby: "Z drugiej zasady termodynamiki!"** Ano właśnie. Entropia zawsze wzrasta, Kosmos staje się coraz bardziej nieuporządkowany, a filiżanki naturalną koleją rzeczy tłuką się, przechodząc z całkiem porządnej struktury do małego chaosu odłamków.
Jednakże nikt nie jest w stanie udowodnić, że naturą filiżanek nie jest scalanie się z porcelanowych kawałeczków. Po prostu fizycy zdecydowali pewnego dnia przyjąć określoną koncepcję co do zwrotu strzałki czasu i wypisali tłustym drukiem i zapewne na czerwono "ΔS≥0". Gdyby postanowili odwrotnie, w istocie czas płynąłby do tyłu i wszyscy pamiętalibyśmy przyszłość, która przecież już się wydarzyła! Ziarenka klepsydry, unosząc się w górę (tak tak, wzrost energii potencjalnej; dążenie do maksimum energetycznego i minimum entropicznego!) odmierzałyby kolejne przejścia z przyszłości przez teraźniejszość do przeszłości, wszystkie istoty zaczynałyby życie od śmierci, dążąc do pięknego dopełnienia swych dni w łonie matki (a potłuczone filiżanki miałyby przed sobą szczęśliwe życie pełne kawy i herbaty). Mała zmiana znaku i parę operacji przy definicjach i możemy stać się jasnowidzami. Tylko czy to w jakikolwiek sposób zmieniłoby nasze odczuwanie czasu?
___________________________
* Sprawcą owych przemyśleń są owoce http://gruszko.blogspot.com/2013/06/ancuszek.html
** Wtedy zapewne ten dociekliwy spytałby "W takim razie skąd wiadomo, że w ogóle płynie?", a tamten musiałby odpowiedzieć mu, że nie płynie wcale, i że sam czas nie istnieje, będąc jedynie czwartą częścią czasoprzestrzeni, a wszystkie zdarzenia są na czasoprzestrzennej mapie od zaranie dziejów wyrysowane. To zakończyłoby całą dyskusję o czasie, zanim przemądrzalcy zdążyliby dojść do głosu i głosem tym wygłosić swoje filiżankowe teorie.
Jeśli czas płynąłby w drugą stronę to ktoś mógłby zabić naszych rodziców i nie narodzilibyśmy się. Za dobrze byłoby nam jeśli zalibyśmy przyszłość, a tak mamy trochę niespodzianek z tego.
OdpowiedzUsuńAno, niespodzianki wprowadzają zawsze trochę urozmaicenia w tę naszą zdeterminowaną fizyką Newtonowską przyszłość. Dobrze, że nie umiemy za dobrze liczyć i dobrze, że mamy jeszcze pocieszenie od kwantówki, że jednak nie wszystko jest do przewidzenia ;> A jeżeli czas płynąłby do tyłu, to wciąż upieram się, że nic by się nie zmieniło w naszym postrzeganiu rzeczywistości i nawet nie bylibyśmy w stanie odróżnić takiego świata od normalnego, w którym płynie do przodu, bo przyszłość byłaby przeszłością i na odwrót. To byłoby po prostu jak oglądanie filmu od tyłu, nic w samej historii by się nie zmieniło. Zresztą wszystko jest tak naprawdę kwestią definicji...
UsuńAch, ach :D
OdpowiedzUsuńCieszę się, że skłoniłam Cię do takich przemyśleń i takiego posta. Pytanie zadałam oczekując innych odpowiedzi, niż ja bym udzieliła no i muszę stwierdzić, że tutaj się zawiodłam :D Myślimy bardzo podobnie. Może to po prostu kwestia "wykształcenia".
Owszem, bardzo uzasadniona wydaje mi się teoria, że nie odczulibyśmy żadnej anomalii w świecie, w którym strzałka czasu byłaby odwrócona. A to dlatego, że my bylibyśmy odwróceni, więc dostosowani do życia w takiej rzeczywistości. Musimy zatem w rozmyślaniach o wstecznym upływie czasu wziąć ten fakt pod uwagę. Wszystko zatem byłoby dla nas normalne, za to nienormalne byłoby dla nas wyobrażenie spadającej filiżanki, tłukącej się wskutek upadku.
Nie wiadomo przecież do końca, jak zachowywały by się inne wymiary, gdyby czas płynął "do tyłu".
Ale, to bardzo obszerny temat, na który bardzo chętnie rozmyślam i dociekam różnych ewentualności. Nie będę się zatem rozpisywać nadmiernie, a podziękuję tylko za chwilę namysłu nad moim pytaniem ;)
Cóż za rozkosznie dające do myślenia filozofowanie! ^^ Aż się zaczęłam zastanawiać (i przypomniała mi się nauka fizyki, też).
OdpowiedzUsuńCzytałam kiedyś opowiadanie Kelly Link ze zbioru "Magia dla początkujących", gdzie czas biegł "wstecz". Nie pamiętam dokładnie jak to było, ale pamiętam, że było świetne. W ogóle polecam panią Link, tak na marginesie ;)
Tak naprawdę to się zupełnie nie znam na fizyce - przynajmniej na tym etapie - ale powymądrzać się zawsze można. Wiem, że nic nie wiem - oto co mogę powiedzieć po roku studiów. :>
UsuńJebłabym jakiś megamądry komentarz do Twojego wpisu, naprawdę, ale chyba za gorąco jest i nijak mi z intelektem nie po drodze.
OdpowiedzUsuńI tak, wiem, zabrzmiałam jak żul, ale cóż poradzę. Upały.
Eh, nic mi nie mów. :> Czuję jak paruję! Prawdziwa sublimacja.
Usuń